06 maja 2014 - 3

Mój pierwszy maraton…

Thumbnail

Ten wpis opublikowałem 5 6 lat temu! Wyszedłem z kontuzji (chyba), zaczynam powoli się ruszać, podsumowuję swoje sportowe życie, planuję cele sportowe na ten rok. /jest sierpień 2015 i dopiero teraz powoli wychodzę na prostą/ Wzięło mnie też na wspomnienia. Ciekawe czy kiedyś jeszcze przebiegnę królewski dystans. Może jako trzeci etap IronMana za kilka lat?

***

Warszawa, 27 września 2009
Pobudka o 6 rano. Wyspałem się dobrze pomimo krótkiego snu. Na śniadanie – 1½ białej bułki z dżemem wysokosłodzonym. O 8:15 byłem już na Placu Zamkowym z ojcem i GrzegorzemP. Temperatura była wysoka – ponad 20°C. Słońce wyjątkowo ostre, musiałem założyć okulary przeciwsłoneczne. Długie odcinki w pełnym słońcu po asfalcie wzmagały poczucie duchoty.
Całą pierwszą połowę biegłem z grupą na 4h30m. Na około 5 km poznałem Sławka z teamu Accenture, który również debiutował. Biegliśmy razem do 23 km kiedy musiałem skoczyć na chwilę za potrzebą w krzaki. Grupa uciekła mi o maksymalnie pół minuty, cały czas widziałem balon. Było tak do aż do pierwszego kryzysu na 33 km. Nie była to słynna ściana, która zwaliła mnie z nóg ponieważ kondycyjnie czułem się nieźle. Musiałem odpoczywać maszerując przez około 10 minut z powodu bólu prawej nogi. Ponad 30 km po asfalcie zrobiło swoje z trzykrotnie skręconą kostką z czego raz z przemieszczeniem i założonym gipsem. Wystarczy dołożyć do tego za słabo trzymające buty i ból na linii kostka-Achilles-łydka-kolano-udo-pachwina-biodro uniemożliwił mi bieg. To znaczy tylko mi się wydawało, że to koniec. Kiedy dogoniła mnie grupa na 4h45min nagle zacząłem normalnie biec. Nie ma rzeczy niemożliwych kiedy wejdzie się Polakowi na ambicje ;)
maraton 2009
Młody, piękny, dwudziestoletni 🙂
Drugi kryzys dopadł mnie na 35 kilometrze. I to była prawdziwa ściana. Długa prosta wzdłuż Wisły od Mokotwa do Mostu Gdańskiego była dla mnie najgorszym czego doświadczyłem w życiu. Wspomniana prawa noga sprawiała wrażenie odrętwiałej. Kilka razy łapały mnie skurcze w rejonie łydki i ścięgna Achillesa. Jedyne o czym myślałem to ból nóg, krzyża, pleców, barków po prostu wszystkiego. Czułem się słabo i zużyłem ostatni żel energetyczny. Uświadomiłem sobie, że był to łącznie siódmy i że na pewno się przesłodziłem. Ale oczywiście tak nie było, żele były małe i popijałem je obficie wodą. Autosugestia zadziałała wyśmienicie i już po chwili było mi niedobrze. Miałem przed oczami obraz siebie rzygającego w krzakach gęstym żelem jagodowym, przypomniało mi się zeszłotygodniowe zatrucie. Głupota, połowa sukcesu to psychika. Nic mi nie było oprócz standardowego zmęczenia po przebiegnięciu trzydziestu kilku kilometrów.
31 maraton warszawskiNa 38 kilometrze przyszło moje wybawienie. Kiedy koślawo maszerowałem na zmianę z truchtem ktoś poklepał mnie po ramieniu i usłyszałem Go, go, go! You can do it! Biegł za mną Thierry z Francji. Przywitaliśmy się, pogadaliśmy trochę o Warszawie i Paryżu. W pewnym momencie Thierry powiedział It’s in your head, not in your legs i poczułem, że kryzys minął. Uwierzyłem, że mogę już do końca biec stałym tempem bez przechodzenia w trucht. Na podbiegu na ul. Sanguszki na wysokości 39 kilometrze przyspieszyliśmy. Na 41-wszym kilometrze pożegnaliśmy się gdyż czułem się dużo lepiej niż mój francuski kolega.
Ostatnie 150 metrów przebiegłem już bardzo szybko i wyprzedziłem kilkunastu truchtających biegaczy. Kiedy przebiegłem metę obejrzałem się za siebie na zegar. Odetchnąłem z ulgą, udało się, zrealizowałem swój cel. Wynik netto: 04:48:08. Udało mi się spełnić założony cel – ukończyć maraton poniżej pięciu godzin.

Trasa 31. Maratonu Warszawskiego

Mateusz

Przygodę z bieganiem zacząłem blisko 10 lat temu bo w 2006 roku. Od tego czasu również prowadzę bloga. Ukończyłem dwa maratony, dychę biegałem w 40 minut, potem miałem poważną kontuzję i teraz po raz kolejny wracam do sportu.

Udostępnij wpis w social media

Skomentuj wpis
  • podziwiam determinację:) pozdrawiam

  • Olo

    Królewski dystans jeszcze przede mną, może zmierzę się z nim w tym roku, ale w ramach iron man’a to już prawdziwe wyzwanie.

  • Pingback: Moja biegowa historia | runblog()