16 października 2011 - 2

Biegnij Warszawo 2011 – relacja Arvinda Juneji

Thumbnail

W 2009 roku na maila firmowego poszła informacja, że jest opcja żeby sobie pobiec w imprezie Biegnij Warszawo. Jako człowiek nie odmawiający sportu nie mogłem się nie zgodzić i zaproszenie przyjąłem. Nigdy wcześniej jednak nie przebiegłem nawet 5 kilometrów więc 10 – a, że jest 10 to sprawdziłem kilka dni przed – brzmiało dość groźnie. No ale nic, poszedłem, przebiegłem, było fajowo I pierwsza dycha zaliczona.

Można by pomyśleć, że od tamtego czasu 10 nie stanowiła już problem I miałem ich wiele ale niestety… przebiegłem taki dystans pewnie mniej niż naście razy. Problemem zawsze był kryzys na wysokości 3 km który polegał na utracie czucia w lewej stopie która jest po przejściach. Raz za to zrobiłem 20km ale to już zupełnie inna historia.

W związku z tym, że nie biegam regularnie a ostatni porządny bieg miałem w czerwcu nawet nie myślałem o rejestracji do tegorocznej imprezy. Ale coś mnie naszło, wszedłem, sprawdziłem aplikację na Facebooku, spodobała mi się ,wszystko wyglądało tak łatwo lekko i szybko i ciach, patrzę i jestem zapisany. No to nie ma co, trzeba się rozruszać.

Wyciągnąłem kolegę biegacza na przebieżkę, poszło nam dość słabo. Potem poszedłem sam na 5kę i zrobiłem 4,3km w ponad 32 minuty… ogólnie w tym momencie nie miałem już złudzeń, że „będzie dobrze” i czułem, że to nie będzie jeden z lepszych biegów. Ale zapracowany jestem więc szybko o obawach zapomniałem a w międzyczasie dowiedziałem się, że biegnie też kolega z okolicy więc będzie raźniej.

Dzień startu

W dniu startu pierwszy szok już z rana bo nie ma opcji wydrukowania potwierdzenia (system już się przełączył na bieg 2012 i zamiast opcji „pokaż potwierdzenie” pojawiła się „opłać” … mały shocker) ale dość szybko na Facebooku odpisano mi, żebym się tym nie przejmował. Więc wsiadłem w auto i do boju. Po drodze kupiłem sobie napoje i śniadanie w formie serka „Bakuś” do wyciskania 🙂 Lepiej wybrać nie mogłem.

Dotarłem na miejsce, chwilę czekając odebrałem swój pakiet startowy i zostało niewiele czasu do startu (kolejka zabrała mi czas na rozgrzewkę) więc udaliśmy się z Tomkiem na linię startu. Tam staraliśmy się przejść w miarę blisko ale i „na boku” żeby wyprzedzający nas nie staranowali.

Cały bieg monitorowało mi Endomondo uruchomione w iPhonie. A skoro już przy dodatkach to muszę wspomnieć, że przetestowałem chyba najlepszy zakup sportowy ostatnich lat… bieliznę sportową Nike PRO Combat. Jako osoba o dość mocno rozwiniętych udach przeważnie nawet krótkie biegi kończę z otarciami (w 2009 Biegnij Warszawo zakończyłem z „przecięciami” na nogach) i w tym roku postanowiłem chwilę przed biegiem zaopatrzyć się w specjalną bieliznę. Całe szczęście sprzedawca w sklepie w CH Promenada w Warszawie słusznie doradził mi wybranie większego rozmiaru co sprawiło, że przez cały bieg nie myślałem nawet sekundy o nogach. Po prostu cud miód i orzeszki. Komfort prawie jakbym pływał a nie biegał… Poza bielizną miałem jeszcze getry pełne od NewBalance (krótkie spodenki nie zdążyły mi się wysuszyć) a na stopach skarpetki nike dri fit i butki Lunarglide od Nike. Tak więc prawie jak sponsorowany biegacz tyle, że za własne pieniądze 😛 Do skarpetek mogę się przyczepić bo w pewnym momencie miałem wrażenie, że w bucie jest z 40 stopni.. choć może to słońce.. niemniej, przewiewu w nich nie ma. A szkoda.

Wracając do biegu

Tak wygląda trasa na moim wydruku z Endomondo :

Różnica czasu wskazywana między oficjalnymi wynikami a urządzeniem wyniosła mniej niż minutę (choć soft pomierzył nieco ponad 10km).

Poszczególne kilometry i ich czasy wyglądają następująco:

A wykres prędkości :

Początek biegu jak widać stabilnie. Przed samym podbiegiem (ok 4 kilometra) zaczął się standardowy kryzys ale Tomek nie dał mi sobie odpuścić i pilnował żebym się nie zatrzymywał przypominając, że idąc wysiłek będzie podobny. W połowie podbiegu jednak straciłem czucie w lewej stopie i brak tego czucia eskalował na całą lewą nogę przez co musiałem się kilka razy zatrzymać – a raczej zwolnić. Postoje były nie dopuszczalne w wizji biegu mojego towarzysza i dawał mi znać, że mam się nie zatrzymywać i tyle. Osobiście spisałem wynik już na straty bo ból był nie do wytrzymania i po prostu sobie dreptałem. WTEM! Na 6 kilometrze była zatrzymajka z wodą (no na 5 mniej więcej). Napiłem się tej wody i nagle zeszło ze mnie wszystko (zaznaczam, ze przez cały czas miałem przy sobie butelkę powerade którą co jakiś czas opróżniałem odrobinę), dosłownie, nie czułem już ani bólu ani żadnego dyskomfortu.

Acid Rain : http://www.youtube.com/watch?v=sA079BM0MuM (embeed)

W tym momencie w słuchawce usłyszałem znajomy dźwięk utworu Acid Rain, poczułem moc i powiedziałem „ja się odcinam”. Założyłem drugą słuchawkę i zaczął się bieg. Prawdziwy bieg. Zacząłem mijać ludzi. Zacząłem szukać luk między biegaczami w które mogę się wpasować by wybić bardziej do przodu. Potrzebowałem tych luk, potrzebowałem tego przesuwania się do przodu i czułem, że to jest właśnie ten moment. Teraz albo nigdy. To był o coś niesamowitego, nic mi nie przeszkadzało, mijałem ludzi jakbym był na sprężynkach robiąc uniki, szalone slalomy i ech… nic nie mogło mnie powstrzymać… poza jednym, wiedziałem, że utwór zaraz się skończy i będzie źle 😛 Dwa kilometry jednak zrobiliśmy w naprawdę przyzwoitym czasie. Na 9 skończyła się piosenka i uderzyło nas słońce (to było gdzieś przy palmie zaraz po skręcie). Przypomniano mi jednak, że to już przedostatni kilometr. Uśmiechnąłem się – po raz ostatni w trakcie biegu – i powiedziałem ‘ok, biegniemy’.

10 kilometr to kolka, krzyk – dosłownie, wyginanie twarzy i ciągła próba przyspieszenia i dobiegnięcia do mety. Ból był tak przeszywający, że momentami uginały mi się nogi ale nie, widzę metę, nie mogę się zatrzymać.

Znów powrócę do analogii z pływaniem. Bo na ok 300m przed metą poczułem się jak w basenie w którym jestem pod wodą i próbuje dopłynąć na drugi koniec. Widzę go ale czuję, że skończyły mi się zapasy tlenu.. jestem tak blisko i mimo wszystko próbuję czując jak w środku organizm próbuje mnie zmusić o zatrzymania się/złapania oddechu. Wystarczająco „straciłem” na postojach pomyślałem, teraz jest ten moment w którym nie mogę odpuścić, myślę, że na wykresie widać to dokładnie… nie zatrzymałem się i przebiegłem. Ostatni kilometr pokonaliśmy w 5 minut i 2 sekundy. Jednocześnie był to najszybszy kilometr z całej dziesiątki (a również najszybsza „piątka”, najszybsze 3 mile i najszybszy kilometr zarejestrowany w mojej karierze ;]). Przebiegłem metę i się uśmiechnąłem. Prędkość max w tym biegu wyniosła 4:19min/km. Gdyby nie ta noga jestem pewien, że poprawiłbym tegoroczny wynik o 10 minut. Cel na 2012 – mój numerek 369 – zrozumieć co się stało na tym 5 km i wprowadzić to już przed biegiem tak by móc zrobić cały dystans bez kryzysów… to się musi udać… tak więc ogromne podziękowania dla organizatorów, dla mojego towarzysza biegu, dla runbloga. Życzę wszystkim lepszych czasów w Biegnij Warszawo 2012! 🙂

Do zobaczenia na drodze!
Arvind Juneja, Fitback – > http://www.facebook.com/fitback

Mateusz

Przygodę z bieganiem zacząłem blisko 10 lat temu bo w 2006 roku. Od tego czasu również prowadzę bloga. Ukończyłem dwa maratony, dychę biegałem w 40 minut, potem miałem poważną kontuzję i teraz po raz kolejny wracam do sportu.

Udostępnij wpis w social media