11 sierpnia 2015 - 4

Mój debiut w triatlonie

Thumbnail

Przygotowania 

Zacznijmy od tego, że bardzo się cieszę z faktu, że w ogóle wystartowałem. To wcale nie było takie oczywiste. Dopiero pod koniec czerwca sytuacja z kolanem uspokoiła się na tyle, że mogłem zacząć się ruszać. Pisząc ruszać myślę ruszać. Nie biegać, cisnąć jak dzika kuna w agreście. Po prostu się ruszać po długiej przerwie. Przez ostatni miesiąc sumiennie ćwiczyłem, co opisałem w podsumowaniu lipca. Od razu rozpocząłem treningi pod okiem Pawła Różańskiego, który cztery lata temu szykował mnie do niedoszłego debiutu w ½ IM w Ełku. Dlaczego w nim nie wystartowałem oraz o tym w jak ciemnej dupie byłem przez ostatnie lata przeczytacie w notatce ‚Moja biegowa historia‚. Ale kontuzje to przeszłość, teraźniejszość to triatlon, w którym się zakochałem tak jak kiedyś w bieganiu. Ten start bardzo wiele dla mnie znaczy. To powrót do świata żywych.

Jedziemy do Gdyni!

Do Gdyni pojechałem z ekipą równie zieloną co ja. Kędzi, Sylwia, Kuba i Emilka czyli wesoła piątka debiutantów. Z transportem nie było problemu, jechaliśmy dostawczym Sprinterem. Pięć rowerów i bagaże zmieściło się bez problemu. Najlepsza fura na zawody ever. Na miejsce dojechaliśmy o północy, zanim się rozpakowaliśmy była pierwsza. Niezdrowy posiłek z McDonald’s nie pomagał zasnąć. Junk food to ostatni z moich nałogów, który został do wyplenienia.

 

Dzień przed

Po czterech godzinach snu podudka i jedziemy na oficjalne rozpływanie w morzu. Widzę pierwszy raz tyle osób w piankach w jednym miejscu. Czuję się podobnie jak przed maratonem wśród rozgrzewających się biegaczy wcierających w ciało bengaya. Rytuały na pierwszy rzut podbne ale jednak nieco inne. Podobne jest też uczucie przynależenia do grupy, trochę jak w kościele. Jest się pośród swoich. Szybko zakadam piankę i wchodzę w dobrym nastroju do wody. Najpierw po kolana, potem po pas, moczę ręce. Wskakuję do wody. Wydech, prawa, lewa, wdech, prawa, lewa, zamiast wdechu przykryła mnie fala. Zakrztusiłem się, nos i zatoki pełne słonej wody. Jestem w szoku, nie wiem co się dzieje. Nigdy w życiu nie płynąłem w morzu kraulem. Nagle jeb prosto w gębę i druga fala zalewa twarz. Ja jebie, już po mnie, utonę w tym bajorze. Nienawidzę otwartej wody. W jeziorze nigdy nie zrobiłem treningu, z którego mógłbym być zadowolony w stu procentach. Wracam do miejsca gdzie mam grunt pod nogami i chwilę odpoczywam. Szczerze mówiąc jestem przerażony. Drugie podejście. Głowę wynurzam wyżej, mocniej wybijam się przy ruchu na kierunek. Dalej przykrywa mnie fala, dodatkowo jeszcze zderza się z ręką tak, że muszę wystawiać ją wyżej. Dopływam do pierwszej bojki i cofam się na płyciznę. Chwilę rozmawiam z dziewczyną, która jutro też debiutuje. Laska nie może być gorsza ode mnie. Płynę do bojki, okrązam ją i wracam znowu na płyciznę. I tak trzy razy. Wracam na brzeg do kolegów. Jestem przerażony tym, że następnego dnia mam przełynąć całą trasę wśród pięciuset chłopa.

Po pływaniu w morzu idziemy na śniadanie, potem na expo i odebrać pakiety startowe. Trochę pobłądziliśmy po Gdyni ale w końcu udało się dotrzeć na targi. Jestem okropnym gadżeciarzam i spędziłem dużo czasu pośród stoisk. Uzupełniłem zapas izotoników i żeli u najlepszego speca od żywienia sportowców czyli Jakuba Czaji z ALE. Kupiłem też daszek biegowy u Maćka z TriPower. Możecie go kojrzyć z miesięcznika Bieganie, gdzie prowadzi sekcję poświęconą triatlonowi. Tutaj wielka pochała dla organizatorów za pakiet startowy i poziom logistyki. Wszystko zapięte na ostatni guzik.

Następnie idziemy na odprawę techniczą, pasta party i zostawić rowery w strefie zmian. Triatlon to też logistyka, dużo sprzętu i kwestii nieoczywistych dla debiutanta. Za pierwszym razem może to sprawić trochę problemów. W pakiecie startowym były trzy worki – wet bag, dry bag i depozytowy.  W praktyce rzeczy w T1 i T2 mają po prostu się zmieścić do koszyka i z żadnego worka nie korzystałem. Dzień przed startem należy zostawić rower i kask w strefie zmian. Opcjonalnie można zostawić cały sprzęt ale w dniu zawodów też jest taka możliwość. Tutaj pierwszy błąd żółtodzioba – nie miałem folii przeciwdeszczowej na rower, chciałem zostawić wpięte buty. Gdyby padało miałbym niemiłą niespodziankę rano. W tym miejscu bardzo chciałbym podziękować zawodnikowi ze stanowiska obok – sam zaproponował, że zmieścimy dwa rowery pod jadną folię. Dzięki za zachowanie fair play! Po odstawieniu rowerów micha makaronu na kolację i do domu.

Dzień spędzony w ruchu skatował mi nogi. Znacie to uczucie kiedy cały dzień zwiedzacie i wracacie do hotelu i czujecie, że macie nogi z kamienia? Tak właśnie miałem na dzień przed startem. Łydki i uda jak z marmuru. Do tego tydzień spędziłem chory w łóżku przyjmując sporo aspiryny i innej chemii, która w ostatnim momencie postawiła mnie na nogi ale też bardzo osłabiła organizm. Po porannym pływaniu w Bałtyku wiedziałem, że będę mieć przesrane w morzu. Kładąc się spać wiedziałem, że mam przesrane po całości bo nogi do jutra się nie zregenerują. Zasnąłem po pierwszej w nocy.

Dzień startu

Śniadania nie zaplanowałem jak należy. Kupiłem poprzedniego dnia na szybko bułki maślane, trochę jogurtu naturalnego i dżem truskawkowy, do tego jednorazowa kawa rozpuszczalna. Straszna syfoza, nigdy nie jem takiego śniadania. Zasłodziłem się jak zły. Stres plus za dużo cukrów i żołądek zwariował. Nie mogłem się potem zmusić do wciągnięcia żelu węglowodanowego. Chciało mi się wymiotować. Żołądek był ściśnięty do aż startu. Przyjechaliśmy do strefy zmian zostawić rzeczy i sprawdzić rower. Starannie ułożyłem w odpowiedniej kolejności buty, skarpetki, okulary, daszek, żele, izotoniki i numer startowy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wszystko mi się popieprzy i pomiesza ale o tym później. Zostawiłem torbę z cywilnymi ciuchami i rzeczami osobistymi w depozycie.

Razem z resztą ekipy czekaliśmy w cieniu na start. Była 9:20, żołądek miałem ściśnięty. Czułem, że puszczę pawia dalej niż widzę. Poszedłem do Toi Toia za potrzebą. Wcale nie poczułem się lepiej. Stres jak przed maturą. Wróciłem do mojej ekipy, która była już w piankach. Kolejny skurcz żołądka i myślę, że rzygi prawie wybijają mi zęby. Wracam do Toi Toia, patrzę się w odmęt niebieskeij chemii i gówna. Znad podniesionej deski łypie na mnie uśmiechnięta morda. Nie wiem kto umieścił ten pyszczek na deskach ale jest geniuszem, był w każdym mobilnym kibelku na triatlonie. Spojrzałem na ten kretyński uśmiech i pomyślałem sobie – biegałeś maratony i wiesz, że wszystko jest w głowie. Wyszedłem z kibla na nogach z kamienia. Utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem w ciemnej dupie. Wtedy ktoś z wolontariuszy krzykął do mnie – Zakładaj piankę i biegnij na start masz pięć minut. Kiedy doszedłem po plaży pogrodzonej parawanami ratownicy zawracali już ludzi z wody. Zdążyłem tylko obmyć ręce zimną morską wodą i ustawiłem się na starcie. Spotkałem Kubę i Michała. Przesunałem się w 3/4 stawki, żeby wszyscy się przeze mnie nie przetaczali.

Woda

Wbiegnięcie do morza w grupie pięciuset chłopa wywołuje wyrzut adrenaliny. Czujesz się jak pieprzony Wiking, którzy szarżuje na wroga. Jedyna różnica jest w tym, że Wikingowie zgodnie z podstawowym instyktem przetrwania biegli z wody na ląd, a triatloniśli biegną z lądu do wody wbrew ludzkim odruchom samozachowawczym. Pływanie było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Wskoczyłem do wody i do pierwszej bojki wyprzedzałem. Dużo osób przechodziło do żabki, o kilku zawodników się obiłem starając się nikogo nie uderzyć w twarz. Zakrywałem też głowę barkami w obawie o okularki. Pierwszy skręt poszedł bardzo sprawnie, praktycznie przy samej bojce. Druga prosta też zaskakująco dobra. Musiałem przejść na chwilę do żabki przez trzech gości, którzy mnie przyblokowali. Długo się nie zastanawiałem i przepchałem się pomiędzy nimi wyłączając na chwilę nogi, żeby nie kopnąć nikogo w twarz ale też nie byłem szczególnie delikatny. Albo Ciebie kopią albo Ty jesteś kopany. Przy drugiej bojce ktoś mnie złapał za nogę co mnie mocno wybiło z rytmu i zgubiłem orientację. Kiedy zrobiłem ruch na kierunek zdziwiłem się, że aż tyle zboczyłem z kursu. Przy ostatniej prostej na plaże włączyłem nogi za wcześnie i trochę spuchłem jeszcze przed wyjściem na brzeg. Trener mówił, żeby wstawać jak poczujemy ręką dno ale zobaczyłem, że wszyscy dookoła już stanęli więc też stanąłem. I to jest ten moment kiedy sprawdza się to co mówiła nauczycielka w szkole – Kiedy wszyscy skaczą z ona to też skoczysz? No właśnie, nie skoczysz bo nie jesteś matołem. I jak wszyscy stają w wodzie to wiosłujesz dalej bo większość za wcześnie przestaje płynąć. Jakieś 25-30 metrów marszu w wodzie bardzo mnie zmęczyło. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że część pływacka zajęła mi to jakieś 16 minut. Biorąc pod uwagę, że nigdy nie przepłynąlem w wodach otwartych więcej niż 50 metrów to jestem z siebie cholernie zadowolony.

T1

Pomiędzy plażą, a rowerem było jakieś 800 metrów. Kiedy wyszdłem z wody i zacząłem biec nogi  mi kompletnie nie podawały. Do zmęczenia doszła mokra pianka, która swoje waży. Bo wbiegnięciu do strefy zmian przeszdłem w marsz. Usłyszałem wtedy za mna Kędziego – Dobrze jest Mateusz, ciśniemy! Wyszedłem z wody przed Michałem, który zawsze był przede mną w pływaniu. Czyli w morzu nie było tak tragicznie jak mi się wydawało. Krótką chwilę radości przerwała mi myśl GDZIE JEST MÓJ ROWER I JAKI JA MAM KURWA NUMER STARTOWY! 532 CZY 352 ?!?! Umysł miałem bystry niczym woda w zatkanym klozecie i najpierw szukałem roweru przy stanowisku 532. A tam zdziwko, rower fajny ale nie mój. Więc dzida do 352. Taka dzidę, że dobiegłem do samego końca strefy. Wdech, wydech i jasne myślenie mi wróciło. Na spokojnie wróciłem się i odnalazłem swój rower. Zrzucam piankę, zakłdam kask (nie wolno zdjąć roweru bez założenia kasku!), ładuję żele energetyczne w kieszonki stroju startowego i biegnę z rowerem do wyjścia, po drodze zbijam pionę z Łukaszem z RunEat.pl, który był wolontariuszem w strefie zmian. Buty spiąłem gumkami recepturkami dzięki czemu stopa idealnie trafiła w środek buta i gładko ruszyłem przed siebie. Nie ma co, poczułem się zajebiście i bardzo mi się spodobała pierwsza zmiana. Jakie było moje zdziwienie kiedy sędzia kazał mi zejść z roweru. Wsiadłem na niego o dwa metry zawcześnie. Straciłem równowagę, szybko wyskoczyłem z prawego buta. Niestety jeden rzep mi wtedy wypiął i nie miałem jak go zapiąć do końca części kolarskiej. T1 mogłem zrobić spokojnie 3 minuty szybciej.

Rower

Myślałem, że na rowerze nadrobię to co stracę na pływaniu. A że na pływaniu poszło mi zdecydowanie lepiej niż przewidywałem zacząłem spokojnie. Łyk izotoniku, przejście do pozycji czasowej, nogi totalnie z drewna ale pierwsze kilometry wyprzedzałem. Szczególnie zaskoczyli mnie goście na rowerach MTB, których brałem pod koniec części kolarskiej. Panowie szacun dla Was. W połowie trasy złapał mnie ból w lewym biodrze. Nie miałem kasku aero i bardzo się cieszę. Po pierwsze na moim poziomie to jest bez znaczenia. Po drugie mój POC jest bardzo przewiewny i polewanie głowy wodą z bidonu mnie bardzo ożeźwiało. Trasa nie była jakoś specjalnie szybka, wyszły moje braki w umiejętnościach za kierownicą. No i cały czas wymieniałem się pozycją z Michałem, którego w pewnym momencie zostawiłem minimalnie za sobą. Ogólnie rzecz biorąc rower poszedł mocno poniżej oczekiwań, nie mogłem wykrzesać nic ze swoich nóg.

T2

Najbardziej w triatlonie podobają mi się zmiany! Bieganie po paru latach mnie po prostu znudziło.  W tri cały czas coś się dzieje i to jest najfajniesze. Przy wjeździe znowu sędzia mnie zatrzymał, tym razem udało mi się zejść z roweru tam gdzie trzeba. Nie zdążyłem za to wyjąć stóp na buty i tak dojechać do T2 ale i tak zejście z roweru poszło gładko. Mocno kręciło mi się w głowie. Więc założyłem skarpetki i buty na siedząco. Biegłem w skarpetkach ponieważ bieganie na bosą stopę zawsze kończyło się u mnie obtarciami do krwii i pęcherzami. Polałem się resztką wody z bidonu i wybiegłem ze strefy zmian.

Bieg

Pierwsze 200 – 300 metrów luźnego biegu było wspaniałe. Kibicie, sporo osób na trasie, emocje mnie niosły. Spotkałem gościa z Łodzi, którego widziałem w McDonald’s pod Toruniem, chwilę pogadaliśmy. Kazał mi się do siebie przykleić i cisnąć równo. Nie ma co, triatlon jest świetny właśnie dzięki takim ludziom. Zaraz potem po raz kolejny tego dnia utwierdziłem się w przekonaniu, że jest źle i będzie tylko gorzej. Słońce, brak chmur i 35°C zamieniło ulice Gdyni w piekarnik. Nogi kompletnie nie zapodawały, każdy krok to zmuszenie się do oderwania stopy od asfaltu. Nie zjadłem ani jednego żelu na rowerze po porannym zasłodzeniu, poskutkowało to szybkim odcięciem paliwa.

Na około drugim kilometrze dogonił mnie Michał i biegliśmy ramię w ramię. W połowie trasy przed puntkem z wodą i szlaufem spuchłem i przeszedłem do bardzo powolnego truchtu. Oblałem się wodą, niestety buty mi się kompletnie przemoczyły. Mokre buty to nie tylko otarcia ale przede wszystkim dodatkowe gramy, które pomnożone przez setki kroków skutkują dodatkowymi tonami, które wyczerpane mieśnie muszą przenieść. Miałem tego świadomość więc naszły mnie czarne myśli. Ścisnąłem elastyczne sznurówki najmocniej jak się dało, żeby zminimalizywać chlupotanie i zacząłem dreptać dalej. W tym momencie dobiegł do mnie Kuba. Dorównałem mu kroku, potem złapaliśmy Michała. Kiedy biegliśmy bulwarami zostałem jakieś 30 metrów za nimi ale na ostatnich 500 metrach dołączyłe do chłopaków i wbiegliśmy na metę razem. Spiker powitał ‚trzech muszkieterów, trzech przyjaciów’, dostaliśmy niezłe brawa. To był najlepszy finisz w moim życiu!

 

Tri-five!

Na pierwszym miejscu podziękowania należą się Pawłowi Różańskiemu za rozpisanie planów, prowadzenie treningów, masę cennych porad i kilka epickich dowcipów opowiedzianych przed wejściem do wody. Wiecie czym są pingwiny? To jaskółki, które żarły po osiemnastej. To chyba jedyny, który nadaje się do publikacji. Paweł prowadzi wypożyczalnię pianek Triatlon Serwis oraz układy plany triatlonowe i biegowe. Polecam go to świetny profesjonalista, dobry kumpel i oczywiście najlepszy tester butów biegowych od morza aż po Tatry.

Następnie wielki props dla dziewczyn, które debiutowały czyli Sylwii i Emilki. Pomimo startu w mega upale pocisnęły dobre wyniki. Teoretycznie słabsza płeć i mężczyźni 40+ startowali w trudniejszych warunkach. W południe asfalt miał 50°C i się topił. Tym bardziej gratulacje za udany debiut!

Kolejna piona dla Michała za to, że motywował i wyciągał na jezioro. Gdybym nie pływał te kilka razy w jeziorze psychicznie nie dałbym rady zrobić części pływackiej. Następy wspólny start na przyszły mamy już wstępnie zaplanowany – IronMan 70.3 w Vichy.

Last but not the last big thanks to Dorothy and Matthieu for bringing me a trial bike from the United States when such were not available or extremely expensive in Poland. Thank you so much I love you and Nicolas. Next IronMan will be in US or France!

Mateusz

Przygodę z bieganiem zacząłem blisko 10 lat temu bo w 2006 roku. Od tego czasu również prowadzę bloga. Ukończyłem dwa maratony, dychę biegałem w 40 minut, potem miałem poważną kontuzję i teraz po raz kolejny wracam do sportu.

Udostępnij wpis w social media

Skomentuj wpis
  • Brawo Mateusz!
    Powrót do żywych – to jest to! 🙂

    • Wróciłem do żywych ale dalej biegam jak zombie 😉

  • Gratulacje! Powrót w wielkim stylu. Myślałem, że wrócisz jakimś maratonem albo chociaż połówką a tu od razu TRI.
    Szczerze podziwiam.

    • Dzięki ziom 🙂 Triathlon na tym dystansie to świetna forma zmęczenia. Polecam każdemu 🙂