02 listopada 2012 - 1

Nike Lunarglide +4 – TEST

Thumbnail

Przystępując do testowania buta miałem  wobec niego pewne oczekiwania. Liczyłem, że Lunarglide +4 będzie wolny od niedoskonałości poprzedniego modelu, czyli kiepskiej wentylacji i wysokiej ścieralności podeszwy.

Pierwsze pozytywne wrażenie nowej odsłony księżycowego szybowania związane jest z wagą buta. But jest lekki – w rozmiarze 42,5 (9 US) waży 280 g. To mniej w porównaniu do poprzednika (Lunarglide +3), który, przypomnijmy, waży ok. 320 g.  Podczas biegu w bucie odczuwa się lekkość i miękkość jednocześnie. Pamiętam, że to uczucie lekkości zaskoczyło mnie już w poprzednim modelu Przyznać muszę, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z butem treningowym o tak niskiej masie. I za to duży plus dla Nike.

Przyglądając się cholewce, już na pierwszy rzut oka widać różnice, choć są one subtelne. Cholewka została naszpikowana małymi otworami wentylacyjnymi. Pokładałem w nich wielkie nadzieje i liczyłem, że uchronią moje stopy przed zagotowaniem się na treningu. I tak się stało. W bucie nadal jest ciepło, ale spokojnie można w nim robić treningi nawet w temperaturze powyższej 20 stopni Celcjusza (co nie do końca udawało się z poprzednikiem).

To nie koniec zmian w cholewce. Poprzedni model wyposażony był w boczne wstawki w okolicy śródstopia, które współpracowały z systemem wiązania i stabilizowały stopę w bucie. Boczne wstawki zastąpione zostały przez nylonowe włókna Nike Flywire, które równie dobrze spełniają swoją funkcję.  Ma się wrażenie oplatania i całkowitego przylegania stopy do buta. Po mocniejszym związaniu sznurówek skrzyżowane ze sobą włókna Nike Flywire są podciągane do góry, w efekcie czego nasza stopa nie ma możliwości na jakiekolwiek kołysanie się w środku. Na wysokości śródstopia stopa jest idealnie dopasowana do obuwia, natomiast w przedniej części buta ma więcej swobody.

Klips spinający piętę, znany z poprzedniego modelu, jest również obecny w nowym wydaniu buta. Ma on za zadanie zwiększyć dopasowanie stopy w tylnej części cholewki. Z powierzonego mu zadania wywiązuje się w 100%, tworząc razem z włóknami Flywire zgrany duet.

Osoby biegające po zmroku docenią niewątpliwie drobną, aczkolwiek miłą zmianę, jaką jest umieszczenie logo Nike w formie odblaskowej.

Podsumowując tę część testu, choć kształt cholewki jest niemal identyczny z poprzednikiem, to zdecydowanie jest to jej lepsza wersja. Cholewka jest lekka, wygodna, dobrze trzyma stopę w bucie i  zapewnia odpowiednią wentylację.

Podeszwa zbudowana jest z pianek lunarlon o różnej gęstości połączonych ze sobą na zasadzie klina. Całość zastosowanej konstrukcji znana jest z poprzedniego modelu i nosi nazwę Dynamic Suport. Za sprawą tego systemu but świetnie wybiera nierówności oraz koryguje błędy w stawianiu naszej stopy. Amortyzacja, jak w poprzednim modelu, jest na bardzo wysokim poziomie. Wszystko po to, by zamienić nasz miejski trening w czystą przyjemność J

Przyjrzałem się bacznie wytrzymałości podeszwy na ścieranie. Jest pod tym względem zdecydowana poprawa. Na wysokości pięty oraz palców zastosowano odporną na ścieranie gumę węglową BRS 1000, aby zapewnić dobrą przyczepność w początkowej i końcowej fazie odbicia.

  Oczywiście w obuwiu możemy zaobserwować ścieranie się podeszwy, jednak nie w tak zawrotnym tempie, jak w zeszłorocznym modelu. Po przebiegnięciu ok. 800 km ślady zużycia są zauważalne na śródstopiu.

W nowym bucie przyczepność jest bardzo dobra. Stopa prowadzona jest pewnie, zarówno na niskiej, jak i wysokiej prędkości. Przy nieco wyższej prędkości i szybkich zmianach kierunku biegu miałem czasami wrażenie, że stopa zostanie zerwana z cholewki. To wszystko za sprawą pewnego trzymania się podeszwy na podłożu.

Na koniec mała dygresja. Jestem zwolennikiem biegania w butach lekkich i mało amortyzowanych. Na co dzień biegam w zbieganych startówkach i butach minimalistycznych. Zdarza się, że na drugi dzień po mocniejszym treningu mam bardzo zesztywniałe nogi. Towarzyszy mi nieprzyjemne uczucie klejenia się nóg do asfaltu i zdaje mi się, że zamiast biegać, człapię. Na takie trudne dni lunary idealnie się nadają. Zakładam je i są niczym zimny kompres na obolałe mięśnie. Właśnie wtedy najbardziej doceniam tego buta – gdy potrzebuję amortyzacji bez zakładania na nogi zbędnych gramów.

Najbardziej do nowych lunarów przekonuje mnie to, że but łączy w sobie zaawansowaną amortyzację i niską wagę. Buty z tego sektora są zazwyczaj irytująco ciężkie, a Lunarglide mimo niespotykanej miękkości jest niesamowicie lekki. To właśnie skłania mnie do napisania, że but jest pozycją obowiązkową w kolekcji każdego biegacza.

Pawel Rozanski

Przygodę ze sportem zaczął od jazdy na rowerze MTB, później przerzucił się na kolarstwo szosowe. Triathlonem zainteresował się będąc na studiach. W wieku 21 lat ukończył pierwszego Ironmana, a w 2007 roku na zawodach w Klagenfurcie zdobył trzecie miejsce w kategorii M-18. Trzy sezony trenował pod okiem trenera z Nowej Zelandii John’a Newsom’a. Niestety problemy zdrowotne tymczasowo zdyskwalifikowały go ze startów. Obecnie przygotowuje zawodników do startów biegowych i triathlonowych na dystansie IM i HIM. Z sukcesów swoich podopiecznych czerpie dużą satysfakcję. W swojej pracy trenerskiej największą wagę przywiązuje do efektywności treningu. Jest wielkim zwolennikiem pracy nad doskonaleniem lokomocji ruchu. Najbardziej lubi biegać po Puszczy Augustowskiej. Marzy o starcie w norweskim Norseman Extreme Triathlon.

Udostępnij wpis w social media

Skomentuj wpis